MIŁOŚĆ

Myślę o nim, choć jeszcze go  nie znam. Tak bym chciała pójść z nim na długi spacer  po wiosennym deszczu. Rozumieć się bez słów, patrzeć sobie w oczy. Wracać do domu ponaglona świadomością jego tęsknoty. Słyszeć jego oddech obok mnie nocą. Poczuć jego głowę na moich kolanach  i gładzić ją, gdy wieczorem czytam książkę na kanapie. Jestem gotowa na nową miłość... Chcę znowu mieć psa.

Dlaczego kiedy mowa o gotowości na miłość, nie myślisz o mężczyźnie, tylko o psie?
To zabieg retoryczny, ale kto miał psa, wie, o czym mówię. Pies to kwintesencja miłości bezwarunkowej. Kocha nas, gdy mamy zmarszczki, tłuste włosy i kredyt we franku. A co najważniejsze, nigdy się nie kłóci. Poza tym z wiekiem nad miłość przedkładam przyjaźń. Bo to przyjaźń właśnie cierpliwa jest, łaskawa, nie unosi się gniewem i nie zazdrości. A miłość? Wręcz przeciwnie. Gniewa się i z ponurą miną siedzi na kanapie.

Nie lubisz mężczyzn?
Ja??? Uwielbiam. Pytasz, jakbyś mnie nie znała. Przyjaźnię się z mężczyznami, ale nade wszystko cenię sobie spokój, który często wiąże się z samotnością.

Uśpiłaś swoje zmysły?
Zmysły to jedno, a infantylne marzenia o romantycznej miłości, która może zdarzyć się w każdym wieku, już mnie raczej nie dotyczą. Chociaż ostatnio zaroiło się od takich przypadków, kilka moich dojrzałych koleżanek znalazło szczęście w ramionach zagranicznych mężczyzn. Więc może „spoza gór i rzek na zachód marsz”.

Mówisz to chyba z goryczą…
Ależ skąd, ze spokojem. Postanowiłam zredukować bodźce. Myślę, że za parę lat zrozumiesz, o co mi chodzi.

Jest taki czas, kiedy woli się wieczory od poranków. Kiedy przyjemniej jest coś kończyć,  niż zaczynać. Jesień przynosi ulgę, a wiosna niepokój. Deszcz uspokaja, a słońce nerwowo ponagla. Długie kąpiele zamiast pośpiesznych pryszniców  i wielki kubek herbaty zamiast mocnego espresso.

Dzisiaj już nie marzysz o romantycznej miłości, ale kiedyś chętnie romansowałaś…
Od dziecka ciągle byłam w kimś zakochana, czasem wręcz kompulsywnie, na wszelki wypadek w kilku
naraz. W koledze z podwórka, w Olgierdzie z „Czterech pancernych”, a nawet w... Jezusie. Były dramatyczne porywy serca, szały uniesienia i greckie tragedie rozstań. Bardzo je miło wspominam, choć z dystansem i nawet mnie dziś to bawi.

Przy lichym krzaczku bzu na samym środku ciemnego podwórka stała kapliczka. Umajona sztucznymi kwiatami z kolorowej gąbki i drutu, takimi jakie widywało się dawniej na jarmarcznych strzelnicach. Pomiędzy tymi kwiatami zobaczyłam czyjś portret, Mężczyznę o niezwykłej urodzie, o łagodnym, czułym, niemalże kobiecym spojrzeniu. Tkliwość jego oczu i serce, z którego biły namalowane promienie światła, wywołały we mnie takie wzruszenie, że do dzisiaj nie potrafię go opisać. Stałam tam jak wryta, zapatrzona  w kiczowaty obrazek  i nie wiedziałam, co zrobić ze swoimi uczuciami. Na wszelki wypadek zakochałam się.

 

PAPIEROSY

Babcia paliła przez 40 lat. Pamiętam ją z nieodłącznym papierosem nawet, gdy z dnia  na dzień rzuciła palenie.  Wciąż trzymała niezapalonego papierosa w dłoni, wkładała  do ust, aby wciągnąć niewidoczny dym. Nawet czasem strzepywała nieistniejący popiół do popielniczki zapełnionej nigdy niezapalonymi, ale zgniecionymi niedopałkami.

Jak wygląda teraz Twoja relacja z papierosem?
Nie zerwaliśmy ze sobą całkiem… Ale nie palę już codziennie. I nie dwie paczki. Randkujemy sporadycznie, najczęściej w obecności osób trzecich.

Nie starasz się zdrowo żyć?
Najbardziej niezdrowe w życiu jest życie. Bo kto żyje, ten umiera. Nie jestem już taką dekadentką jak dawniej. Odkąd na świecie pojawił się Gustaw, mam wobec niego zobowiązania. Chcę być przy nim jak naj dłużej, jednocześnie nie obciążając go swoimi chorobami czy niedołężnością. Nie popadam jednak w tak modną dzisiaj histerię bezglutenową, ekologiczną, organiczną i na naturalnym zakwasie.

A ruch? Sport?
Zimą narty, latem pływanie. Wystarczy.

Nie będę biegać, bo dopiero co się zatrzymałam. Nie chcę się ścigać, przed nikim uciekać ani już gonić za niczym. Wycofałam witalność z zewnętrznego świata i przekierowałam do wewnątrz. I wbrew pozorom nie jest mi  z tym najgorzej.

 

CZAS

Gdy jest się dzieckiem, chce się czas przyśpieszyć. Popędzić go, chociaż o kilka dni do przodu bliżej wakacji. W młodości ufa się mu, że spełni nasze marzenia lub uleczy miłosne rany. Gdy jest się starym, chciałoby się czas zatrzymać,  a nawet cofnąć. Zawrócić…

Boisz się starości?

W pewnym sensie już jej dotknęłam. Przez starość rodziców, śmierć ojca, własną chorobę… boję się zależności od innych.

Nie martwi Cię utrata atrakcyjności?

Nie boję się zmarszczek na twarzy tylko wygładzenia fałd kory mózgowej. Zwariowaliśmy na punkcie wyglądu, terroru młodości. Nigdy nie czułam się piękna, więc z upływem czasu niewiele tracę. Wiem, że wyglądam starzej niż 20 lat temu, ale nie mam zamiaru porywać się na walkę z góry przegraną.

Ale jednak wyglądasz młodziej, niż wskazywałby na to Twój wiek…

I tak też się czuję, bo rzadko patrzę w lustro. To moja recepta na wieczną młodość.

Starych wkrótce będzie więcej niż młodych, marketingowcy zadbają więc, aby wiek późno dojrzały stał się cool i trendy.  A ze starych ludzi uczynić chłonny target konsumpcjonistów. Już widać pierwsze symptomy tego zjawiska, czyli wykorzystywanie do reklam kobiet 80+. Piękny gest szacunku i ukłon w stronę starości w dobie juwenalistycznego totalitaryzmu? Bynajmniej. Trzeba starym też wyciągnąć oszczędności z kieszeni  i zachęcić do brania kredytu na kupno nowej markowej torebeczki.

 

ŚMIERĆ

Ojciec miał rozrusznik serca, który dostałam potem  z krematorium. Ten rozrusznik jest u mnie cały czas w domu. Leży zawinięty na półce obok książek Żeromskiego. I pewnie będzie tak leżał do końca,  bo nie wiem, co można zrobić  z rozrusznikiem serca,  które mnie kochało.

Śmierć zabrała Ci ukochanego ojca, a co Ci dała?

Świadomość, ile potrafię wytrzymać. Wolność od potrzeby ekspiacji za winy poprzedniego systemu, tym bardziej że nowy system też już pokazał swoją wykrzywioną twarz. Odwagę publicznego wyrażania niezbyt popularnych dzisiaj sądów. Nie muszę być już taka grzeczna. No i uwolniłam się od ciągłego lęku o śmierć ojca. Stało się, drugi raz już nie umrze. Wreszcie byłam w stanie obejrzeć „33 sceny z życia” Małgośki Szumowskiej. Wcześniej się bałam.

A boisz się swojej śmierci?

Boję się raczej zbyt długiego życia, które jest tylko podtrzymywaniem cierpienia i degradacji ciała. Nie chcę żyć dłużej niż moja godność. Pychą jednak byłoby twierdzenie, że będę myśleć tak samo w obliczu zbliżającej się śmierci.

Czy nadal czujesz się przede wszystkim córką generała?

Nie jestem już dzisiaj córką, tylko przede wszystkim matką. Pamięć  o ojcu jest dla mnie ważna, ale przyszłość syna o stokroć ważniejsza.

Jak go wychowujesz?

Wpajam mu patriarchalne zasady, że męskość to odwaga, siła, szlachetność i odpowiedzialność za słabszych. Żaden gender. Póki jeszcze wolno mi o sobie mówić „człowiek”, a nie „człowieka”, nie pozwolę, żeby w imię rzekomej politycznej poprawności mężczyźni byli dewaluowani przez żeński szowinizm.

Jesteś feministką?

Tak, choć do końca nie wiem, co to dzisiaj znaczy. W każdym razie  z niepokojem patrzę, że zamiast równouprawnienia idziemy w stronę niszczenia wszystkiego, co zawiera choćby śladowe ilości testosteronu. Już obraca się to przeciwko kobietom. Trudno dziś o męskie wsparcie. Wyperfumowany metroseksualizm płaczący na komediach romantycznych boi się pająków, łupieżu i przebarwień szkliwa. Dlatego Gustaw ćwiczy krav magę i defendo. I jak wiesz, wieczorami z Twoim synem trenują pokonywanie strachu, eksplorując mroczne piwnice naszej kamienicy. Co tu dużo mówić: chcę go wychować na takiego chłopaka, wśród których ja się wychowywałam.

Często dzieci powielają błędy wychowawcze własnych rodziców.  Ty jesteś zupełnie inną matką, niż Twoja była dla Ciebie.

Nie wiem, jaką matką byłaby moja, gdyby miała syna, o którym marzyła.

Jak dzisiaj wygląda Wasza relacja?

Odwiedzam ją i przywożę kotlety ze szczupaka. Jestem w stałym kontakcie z opiekunką mamy. Każda wizyta w domu rodziców dużo mnie emocjonalnie kosztuje…

Wciąż mam przed oczami (…) skuloną postać mamy. Bezbronną, bezradną, samotną. Kiedyś tak autonomiczną,  a teraz bez ojca niepełną, jakby sobie niepotrzebną. Nie wiem, jak jej pomóc, bo kiedy jadę do domu rodziców, to wtedy znowu dotkliwie odczuwam nieobecność. (…) I świadomość, że obie z mamą, że obie w tej naszej wspólnej samotności – osobne i samotne pozostaniemy.

Jesteś jedną z nielicznych osób, które lubią samotność…

Tak, bycie sam na sam ze sobą traktuję jako rodzaj emocjonalnego detoksu. Oczyszczam się ze złogów hałasu i pośpiechu, które funduje nam codzienność. No i widzisz? Jednak staram się zdrowo żyć…

 

Cytowane fragmenty pochodzą z najnowszej książki Moniki Jaruzelskiej, zatytułowanej "Oddech".