Nataszo, jesteś kobietą wyzwoloną?
Na tych polach, na których chcę być, tak. Ale w miłości nie chcę być kobietą wyzwoloną. Jestem w związku opartym na wierności i zaufaniu.

A może boisz się niezależności?
Nie rozumiem niezależności w miłości, bo razem tworzymy rodzinę, wspieramy się. Jestem z drugim człowiekiem tak długo, póki trwa miłość. Jeśli się skończy, powinniśmy się rozejść. Albo o nią walczyć.

Jak się walczy o miłość?
Ucząc się żyć razem. Są piękne chwile, ale zdarzają się też trudne momenty. Nie poddajemy się i to nas buduje. Jest wiele bodźców z zewnątrz, pokus, którym nie chcę się poddawać.

Bywasz kuszona?
(śmiech) To miłe, kiedy ktoś daje wyraz, że mu się podobam. Miałam w życiu to szczęście, że trafiam na  wspaniałego mężczyznę, i chcę z nim budować trwały związek.

Są sfery, w których się uniezależniasz od „pana dyrektora Józefowicza”?
Na polu artystycznym jestem coraz bardziej wyzwolona. I to jest fantastyczne! Kiedy powiedziałam Januszowi, że nagrywam płytę, usłyszałam: „To twoje życie i twoje wybory. Sama decyduj, jesteś dorosłą dziewczyną”.

Doszliście do tego drogą negocjacji?
(śmiech) Przez ostatnie lata się docieraliśmy. Nie byłam pewna, na ile mogę być samodzielna, a Janusz, na ile może mnie wypuścić samą w świat show-biznesu. I trzymał mnie w tej złotej klatce. A ja, nie ma co ukrywać, dobrze się w tej klatce czułam. Miałam spokój, bezpieczeństwo. Wygodnie mi tak było. To Janusz załatwiał wszystkie trudne sprawy.

Ale w pewnym momencie przestało Ci to wystarczać...
W branży pracuję już prawie 20 lat. Przez ten czas wielu rzeczy się nauczyłam. Coraz częściej mówiłam: „Janusz, a może jednak spróbuję sama?”. Ale brakowało mi siły przebicia. Mój mąż jest osobą niezwykle charyzmatyczną. To mocny człowiek. Zawsze byłam na drugim planie. W końcu przyszedł moment, w którym powiedziałam: „Teraz ja!”. Dzisiaj sama zajmuję się swoimi sprawami zawodowymi. Moja wspólniczka biznesowa, Agata Brodzka-Kostrzewska, która jest również moją menedżerką, pomaga mi w bieżących sprawach, ale ostatnie zdanie zawsze należy do mnie.

Co było tym momentem zwrotnym?
Stworzenie własnej marki modowej dało mi poczucie decyzyjności. Muses istnieje na rynku już trzeci rok, a ja, jako prezes, nabieram pewności siebie, której nigdy wcześniej nie miałam...

„Są piękne chwile, ale zdarzają się też trudne momenty. nie poddajemy się, i to nas buduje.” - Natasza Urbańska

I mówi o tym kobieta, która spędziła więcej czasu na scenie niż poza nią?
Występowanie na scenie nie ma nic wspólnego z pewnością siebie. To wizerunek sceniczny. A w głębi serca, gdzieś w środku jest potworna niepewność.

 

Zadziwiasz mnie.
Ale tak właśnie jest...

Byłaś krytykowana w domu rodzinnym?
Rodzice zawsze mnie wspierali. Jako mała dziewczynka uprawiałam gimnastykę artystyczną. I gdy na zawodach zdarzało mi się zgubić przybory, mój tata chował się za ścianą, żebym nie widziała, że to zauważył. Mieliśmy taki zwyczaj, że po przegranej jechaliśmy razem na lody. To było cudowne. Dzięki ojcu jestem silna.

Więc skąd ta niepewność?
Może z ciągłej krytyki? Gdy występowałam w „Jak oni śpiewają”, mówili, że nie powinnam, bo jestem profesjonalną piosenkarką. Chociaż wtedy grałam przecież w serialu „Fala zbrodni”. Kiedy brałam udział w „Tańcu z gwiazdami”, krytykowano mnie, bo trenowałam gimnastykę artystyczną i przez to, rzekomo, miałam łatwiej.

Wszędzie byłaś „nie na miejscu”?
Próbuję różnych rzeczy i zawsze dostaję za to po głowie. Ale już nie skupiam się na ciosach. Co mnie obchodzi, czego sobie życzą inni? Nie chcę żałować, że czegoś nie spróbowałam.

Dlaczego tak bałaś się porażki?
To się wzięło z wczesnego dzieciństwa… Nigdy nie byłam najlepsza w gimnastyce artystycznej. Byłam zawsze trzecia, czwarta. Dwa razy udało mi się wygrać mistrzostwa Warszawy, ale przez przypadek. (śmiech) Zawsze wiedziałam, że są lepsze ode mnie. Ale mimo to walczyłam i chciałam dostać się do kadry. Nigdy mi się to nie udało. A moim koleżankom – tak. To był dla mnie policzek. Pamiętam, jak pojechały na obóz kadry, a ja dzień w dzień myślałam o tym, czego one się tam uczą, a czego ja się już nie nauczę. To było straszne. Miałam wtedy 11-12 lat. Później pojawiło się „Metro”, gdzie dostałam się do ścisłej dziesiątki, ale kiedy przyszłam na drugi casting i wydało się, ile mam lat, nie przyjęli mnie. Józefowicz przyszedł wtedy na scenę, żeby zobaczyć, kogo wybrali asystenci. Zapytał mnie, ile mam lat. Skłamałam, że 13. (śmiech) „Wracaj do szkoły dziecko, ale wróć do nas, jak będziesz w liceum”, powiedział wtedy Janusz.

I wróciłaś w pięknym stylu…
Ale zanim się to stało, jako nastolatka marzyłam, żeby być mistrzynią świata w gimnastyce. Wierzyłam w to, że w końcu nastąpi przełom i przestanę wstydzić się siebie. Najgorsze były zawody, kiedy musiałam udowodnić, że jestem lepsza. Do dzisiaj, kiedy słyszę: „konkurencja, wyzwanie, rywalizacja”, to miękną mi nogi. Staram się z całych sił, by nie myśleć w tych kategoriach. W „SuperSTARciu” nie skupiam się na rywalizacji. Jesteśmy różni, realizujemy się w innych gatunkach muzycznych – i to jest genialne.

„Jakonastolatkamarzyłam,żeby byćmistrzyniąświataw gimnastyce.” - Natasza Urbańska
 

Czego Cię ten program nauczył?
Daje mi szansę sprawdzenia się w różnych gatunkach muzycznych, zaczynając od musicalu, przez rap, operę, reggae, aż do mojego ulubionego funky czy jazzu. Świetna zabawa, ale też ciężka praca. Oprócz piosenek uczę się pewności siebie. Chociaż już w „Tańcu z gwiazdami” zaczęłam samodzielnie stawiać kroki. (śmiech) Trzy odcinki przed finałem powiedziałam Klimentowi: „Nie, Janek, nie tu akcenty, tylko tam, nie tak zrobimy, tylko tak”. Zaczęłam przejmować pałeczkę. Czułam się, jak… Józefowicz! (śmiech)

 

Między wami jest 18 lat różnicy. Można czuć się przytłoczonym…
W teatrze Janusz nie jest moim mężem, tylko moim reżyserem. Tego mnie nauczył. To on dawał mi rady, ale też najboleśniejszą krytykę. I nawet kiedy wszyscy mówili, że jest super, Janusz stwierdzał: „Nie. Jeszcze raz”. Nigdy wcześniej nie miałam okazji decydować o sobie. Teraz się  ośmieliłam i nawet nie chcę już Januszowi głowy zawracać.

Sprawdzasz się jako pani prezes?
Nie wiedziałam, na co się porywam, bo to naprawdę odpowiedzialna funkcja. Ale dzięki grupie cudownych kobiet, które zatrudniam, które codziennie pracują na sukces domu mody Muses, przetrwałam trudne początki. One też wierzą we mnie i w markę. Uczysz się współpracy w grupie? To teatr jest najlepszą formą pracy grupowej. W Muses odpowiedzialność spada na mnie. To ja w głównej mierze decyduję o tym, jaka będzie kolekcja i z którym projektantem chcę współpracować. Teraz otwieramy się na całą Polskę i Europę.

To zupełnie nowa dla Ciebie dziedzina. Ktoś cię uczył ekonomii, księgowości?
Tym zajmuje się moja wspólniczka Agata Brodzka-Kostrzewska. Mamy jasny podział obowiązków, uzupełniamy się. Ale zespół wie, że każda decyzja przechodzi przeze mnie, bo inaczej urwę głowę. (śmiech)

A decyzja, przez wielu odebrana jako porażka – czyli wyprowadzka Waszego sklepu z ekskluzywnego warszawskiego centrum handlowego – była Twoja?
Tak. Ale cokolwiek bym zrobiła, polskie media ogłoszą, że to nie moja decyzja, tylko porażka. (śmiech) A to był przemyślany biznesowy ruch. Ubrania Muses są teraz dostępne w wielu miejscach w największych miastach Polski! Sprzedaż rośnie, z miesiąca na miesiąc. Wyprowadzka z warszawskiego centrum handlowego to był strzał w dziesiątkę i mój prawdziwy sukces.

Dużo sprzedajesz w internecie?
Mamy własny butik internetowy, jesteśmy też na mostrami.pl i showroom.pl. Wkrótce nasze ubrania będę dostępne w pięciu butikach internetowych w Europie.

Januszowi to imponuje?
Jest dumny. Zawsze się interesowałam i bawiłam modą. Ale teraz prowadzę poważną firmę i Janusz bardzo mi kibicuje. Pyta mnie też o zdanie przy wyborze garderoby. (śmiech)

„W teatrze Janusz nie jest moim mężem, tylko moim reżyserem. Tego mnie nauczył. To on dawał mi rady, ale też najboleśniejszą krytykę.” - Natasza Urbańska
 

A jak chcesz kogoś zwolnić, radzisz się męża?
Podejmuję samodzielnie decyzje. Jeśli widzę, że ktoś źle pracuje, to daję tej osobie sygnał, rozmawiamy. Później obserwuję, sprawdzam, czy się poprawiła. Zwolnienie to dla nikogo nie jest miły i łatwy moment.

 

Co się najlepiej sprzedaje?
Hitem była nasza pierwsza sukienka origami, bardzo elegancka. Wielkim zainteresowaniem cieszyły się też koszulki z kolekcji „niekontrolowane rolowanie”. Dobrze sprzedają się sukienki cekinowe i spodnie z aplikacjami z ostatniej casulowej kolekcji by Monika Zajączkowska.

Co zaryzykowałaś, poza pieniędzmi, otwierając firmę?
Pieniądze są, były, będą lub ich nie będzie – ale nie są najważniejsze w życiu. W Muses włożyłam całe serce. Wierzyłam, że Polki pokochają tę markę, i walczyłam o to. Przez ostatnie lata inwestowałyśmy, dopiero teraz zaczynamy zarabiać. Ale warto było zaryzykować.

Afera z piosenką i teledyskiem „Rolowanie” pomogła Wam w promocji, prawda?
Skandal był duży. Gdy wpadłam na pomysł zrobienia koszulek z cytatami z piosenki, nie wszyscy z firmy uważali, że to dobry pomysł. To ostre napisy: „Rolowanie hejtera”, „O co kaman /Nie rób tragejszyn”, „Jestem królową z bajki” i mój ulubiony: „Before/after”. I jeszcze „Grandmatka truje mnie”.

Nie rozumiem.
Chodzi o to, że babcia gotuje nam rosołki na kurczaczkach faszerowanych chemią... (śmiech)

W związku z tymi koszulkami i teledyskiem, który promowały, internet obiegło zdjęcie, jak liżesz umywalkę podpisaną: „Bo Janusz tak kazał”.  
Teledysk do piosenki „Rolowanie” stworzyliśmy razem, ale te wariactwa były moim pomysłem. Janusz tylko włączył kamerę i powiedział: „Jedziemy!”. Bardzo lubię ten teledysk i nadal nie rozumiem tego, co się wydarzyło po jego emisji. Zostałam niemalże ukamienowana! Kogo obraziłam? Czym?! Czy chodziło o to, że to ja? Poza tym nie lizałam umywalki!

Ale spijałaś wodę spod niej...
Spijanie wody a lizanie to dwie różne sprawy. Bohaterce, którą zagrałam, chciało się pić, bo „przybalangowała”.

Reakcje były tak mocne, bo pokazałaś, do czego prowadzi intensywne klubowe życie. A to tabu.
Ale La Chapelle może pokazywać naćpane celebrytki, a Urbańska nie? Jestem wolnym artystą. W Buffo grałam dzikuskę, królową dziwnej wyspy, z zielonymi zębami i językiem, która wyjada wszy swojemu mężczyźnie, i nie było afery! A ten teledysk to kreacja. Pokazuję, co się może wydarzyć z dziewczyną na imprezie.

„W „SuperSTARciu” nie skupiam się na rywalizacji. Jesteśmy różni, realizujemy się w innych gatunkach muzycznych – i to jest genialne.” - Natasza Urbańska
 

Może ludzie się tego wstydzą?
Może...

Nie poddałaś się tej fali krytyki?
Nie spodziewałam się takiego odbioru, ale bardzo się cieszę, że to zrobiłam. Cytaty z tego teledysku wciąż krążą. Ci, którzy mnie krytykują, sami mówią: „Nie rób tragejszyn”.

 

Potrafisz się tak zabawić jak bohaterka Twojego teledysku?
Od 19 lat pracuję wieczorami, czy to weekend, czy dzień powszedni. Od kiedy jestem mamą, po spektaklu pędzę do córki. Ale kiedy byłam nastolatką, zdarzyło mi się nie pamiętać, jak doszłam do domu. Każdy musi to przeżyć, żeby wiedzieć, gdzie jest granica, kiedy nie powinno się pić kolejnego drinka.

Co Ci dało nagranie płyty „One”?
Nagrałam ją ze wspaniałymi muzykami, których poleciła mi Ula Dudziak. To była dla mnie wielka, wspaniała przygoda. Rok w studiu kompozytora Jana Smoczyńskiego, w towarzystwie cudownych muzyków. Bardzo dużo się od nich nauczyłam.

Ale mąż-dyrektor ciągle jest gdzieś z tyłu, za plecami.
Mogę liczyć na jego pomoc, ale to przecież normalne. Nagrałam swoją płytę z takim podejściem: „Uda się, nie uda, nieważne, to czego się nauczę będzie moje”. Dla mnie sukcesem jest to, że zrobiłam to bez Janusza, bez Buffo. Zawsze śpiewałam covery, musicale, a teraz mam swoje piosenki.

Płyta gotowa, czas pomyśleć o…
…powiększeniu rodziny. Chciałabym mieć drugie dziecko. Zanim Kalina się pojawiła, nawet nie przypuszczałam, że mogę zrezygnować ze spektaklu na rzecz dziecka. A teraz nie gram już ani w „Metrze”, ani w „Romeo i Julii”.

Jesteście sześć lat po ślubie. Od kiedy liczycie bycie razem?
Świętujemy ślub – to nasza umowna oficjalna data. (śmiech)

Przez te lata związku zdarzyło się coś takiego, co Was tak naprawdę mocno zespoliło?
Kilka lat temu, po „Przebojowej nocy”, padliśmy ofiarami medialnej nagonki. Poczuliśmy wtedy, że im bardziej wszyscy nas atakują, tym silniejsi jesteśmy. Tworzyliśmy ten program razem. Wtedy poczułam, że jestem partnerką Janusza, a nie tylko jedną z artystek….

…która wyszła za pana dyrektora?
Żeby dostawać role. (śmiech)

Jak sobie radzisz jako matka?
Mam teraz mnóstwo pracy i często, kiedy wracam do domu, żeby pobyć z Kalinką, zamiast skupić się na niej, załatwiam sprawy przez telefon. Usprawiedliwiam się, że szybciutko napiszę e-maila... A ona wisi na mnie, przynosi mi zabawki. Patrzę, a tu cały komputer mam obstawiony pluszakami. Wtedy uświadamiam sobie, że przecież wróciłam do dziecka! Odkładam wszystko, siadamy na podłodze, bawimy się w księżniczki. (śmiech)

Co byś chciała w sobie zmienić?
Uczę się być asertywna. Czasami powinnam tupnąć nogą, ale nie robię tego, bo nie chcę nikogo urazić.

Trudno być asertywną przy takiej osobowości, jaką ma Twój mąż.
Mój ojciec też miał silną osobowość, był autorytetem na każdym polu i miał poczucie humoru. Takiego mężczyzny dla siebie szukałam.

Niezła z ciebie fighterka.
Walczę o swoje miejsce w muzyce. I nie obchodzi mnie, co wypisują o mnie w internecie. Chcę to robić! Kto mi tego zabroni? Niech nikt mi nie mówi, że mi nie przystoi. Jestem artystką. Mogę wszystko! (śmiech)