Jesteś świetny w „Dziennikach” Gombrowicza wystawianych w Teatrze IMKA, więc po co Ci granie w reklamach?

Po to między innymi, bym mógł grać w teatrze. Poza tym z występowania w reklamie mam frajdę, bo nie zawsze są to sztampowe spoty. A jeśli mowa o spektaklu „Dzienniki”, to pociągające jest w nim to, że stoję przed publicznością i mówię to, co sam chciałbym powiedzieć. Dotkliwa aktualność Gombrowicza jest, jakby to powiedzieć, trochę swędząca. Mogę się podpisać pod wszystkim, co mówi o naszej zaściankowości, o przesadnym uwielbieniu narodowych legend i pomników, o skłonności do zawiści i o tym, że zbyt rzadko

Mamy dystans do samych siebie. A Ty umiesz śmiać się z siebie? Masz do siebie dystans?

A z czego tu się śmiać? (śmiech) Ale, mówiąc poważnie, myślę, że moje pokolenie próbuje szukać tego dystansu. Wyrastaliśmy przecież w świecie, w którym liczyły się inne wartości. Pamiętam z tamtego okresu takie zdarzenie: jako pierwszoklasista w szkole podstawowej ciągnąłem z kolegami zapałki, żeby wybrać, który z nas ma poświęcić się dla przyszłości Polski i wysadzić się granatem pod Domem Partii. To mnie trafiła się niezłamana zapałka, co oznaczało wyrok. Granat znalazłem w lesie. Na szczęście, wygadałem tajemnicę wujkowi, a on uświadomił mi, że granat nie wybuchnie.

Czyli pamiętasz ocet na półkach i „Teleranek”, chciałeś ginąć za ojczyznę, a teraz jeździsz samochodem za 260 tysięcy złotych… Czy to nie jest dysonans poznawczy?

Z jednej strony, oczywiście, przeżywam szok, że wszystko się tak zmieniło. Mój pierwszy samochód zrobiłem sobie sam, kupując brakujące części u tak zwanych prywaciarzy. Tamten na wpół przerdzewiały maluch, który straszył przechodniów strzałami z gaźnika, jeżeli w ogóle udało się go uruchomić – nijak się ma do luksusowej hybrydy. Ona raczej może przestraszyć wtedy, kiedy bezszelestnie pojawi się komuś za plecami. Żeby naładować ten samochód, wystarczy podłączyć go do zwykłego gniazdka w garażu, jak odkurzacz. Nowoczesność szokuje. Zmiana technologiczna, która odbywa się na moich oczach, jest niesłychana. Ale jest też drugi szok – ekonomiczny. Kiedyś żyliśmy z mamą od pierwszego do pierwszego. Nawet mój skromny zarobek w teatrze – tych kilka złotych, które przynosiłem za przedstawienie – miał znaczenie w rodzinnym budżecie. Często myślę o tej drodze, którą przeszedłem: od biednego studenta do mężczyzny, który jeździ najnowszym modelem samochodu.

A co czujesz, podjeżdżając pod teatr swoim luksusowym samochodem?

Pytasz, czy powinno być mi teraz głupio, że udało mi się coś osiągnąć? Stanowczo nie! Ale duma rozpiera mnie raczej z racji tego, że gram w teatrze. Teatr uważam za taką aktorską siłownię. Tam jest miejsce na popełnianie błędów, na rozwój, na mierzenie się z samym sobą. I to się liczy.

Ja jednak widzę dwóch Piotrków: tego, który grał u Erwina Axera czy Zbigniewa Zapasiewicza, i tego, który jest ambasadorem marki Volvo. Co ich łączy?

Widzę, że – jakby powiedział Gombrowicz – przyprawiasz mi gębę. Ale ta dzisiejsza gęba pamięta wciąż tę gębę młodszą – człowieka z marzeniami, którego wszystko cieszy, który myśli tylko o tym, żeby grać. I – poza wiekiem gęby – w tej sprawie niewiele się zmieniło. Rzeczywiście, muszę przyznać, że temu młodemu Piotrkowi udało się „włożyć nogę w drzwi kariery”. Wiem, że los się do mnie uśmiechnął. Mam tego świadomość i staram się być mu za to wdzięczny.

Od początku chciałeś więcej: wcześnie wyjechałeś za granicę i grałeś tam po angielsku, włosku. Dla innych szczytem marzeń była wówczas Warszawa, a dla Ciebie Europa.

Urodziłem się w Warszawie, więc może dlatego stolica nie była moim celem, tylko startem. Zacząłem występować już w liceum. Wyjechałem na stypendium zagraniczne. Spełniły się moje marzenia.

Ambicja kazała Ci też zmieniać samochody na lepsze.

Po pierwszym maluchu zamarzył mi się jakiś fajny, porządny samochód. Miałem dwadzieścia lat i nawet osiągnąłem zdolność kredytową. Zacząłem chodzić po powstających wtedy masowo salonach samochodowych. Wszedłem do salonu Hyundaia, ale sprzedawca zbył mnie krótkim warknięciem, że i tak mi nie da żadnego folderu. Nie uwierzył, że młody chłopak chce naprawdę kupić samochód. Wkrótce kupiłem czerwoną „renówkę”. Potem ważnym samochodem było volvo – sportowa wersja, kolekcjonerski model. W sumie już ponad dziesięć lat jeżdżę samochodami tej marki.

Rola w dobrym spektaklu, reklama Volvo, także gorąca miłość… To chyba dobry moment w Twoim życiu?

Jeden z lepszych. Nie zamieniłbym się   ze sobą sprzed lat. Tyle o miłości. (śmiech) A ambasadorem Volvo zostałem dlatego, że z powodu dziadka jestem skazany na samochody…

 

Wiem, Twój dziadek był warszawskim taksówkarzem…

Miałem z nim bardzo silną relację. Tata umarł, gdy miałem jedenaście lat, i tak naprawdę to właśnie dziadek był moim partnerem do męskich rozmów. To on zaraził mnie miłością do samochodów i do przedwojennej Warszawy. Bardzo mi imponuje jego historia: w 1928 roku przyjechał z Kieleckiego do stolicy, żył tylko z napiwków, jadł jeden ciepły obiad w tygodniu, a zaoszczędził tyle, że kupił swoje pierwsze auto – DKW, czyli tak zwaną dekawkę. I dzięki temu samochodowi rozkręcił niezły biznes. W ciągu kilku lat udało mu się stworzyć niewielkie przedsiębiorstwo taksówkowe, w którym jeździły nawet sprowadzane ze Stanów luksusowe chevrolety. Miał też oryginalne taksówki-limuzyny. W sanacyjnym kapitalizmie taka kariera była możliwa. Dziadek był moim prawdziwym autorytetem. Chętnie wracam do jego starych zdjęć: samochody, piękne kobiety i piękna przedwojenna Warszawa. Babcia nie lubiła za bardzo tych zdjęć, zwłaszcza z kobietami. (śmiech) Dziadek zaś lubił   i z przyjemnością opowiadał o tamtych czasach. Warszawa z jego opowieści była jedną z najpiękniejszych stolic europejskich, zaraz po Londynie i Paryżu. Ciekaw jestem, czy może kiedyś, nie wiedząc o tym, wiózł Gombrowicza do słynnej „Ziemiańskiej”?

W czasie wojny Twój dziadek walczył o wyzwolenie kraju.

Był w partyzantce, został komendantem powiatu w Świętokrzyskiem. Ostatnio, gdy na planie „Czasu honoru” spotkałem ludzi z grupy rekonstrukcyjnej, wspomniałem im o dziadku. Po-wiedzieli, że znają z książek jego akcje.

W gruncie rzeczy dziadek ustawił Ci poprzeczkę bardzo wysoko. Wprowadził w Twoje życie wiele z przedwojennego sznytu.

I dlatego ja jestem teraz staromodny? Ale prawda jest taka, że taksówkarze kiedyś wysiadali z auta, żeby otworzyć kobiecie drzwi. Dziadek był niezłym przedsiębiorcą i wydaje mi się, że ja po nim ten talent odziedziczyłem.

Może miał nadzieję, że pójdziesz w jego ślady? Jak zareagował na to, że chcesz zostać aktorem?

Pamiętam jedno z moich pierwszych przedstawień amatorskich, kiedy jeszcze jako bezwąsy „szczypiorek” grałem robotnika w dziecięcym przedstawieniu. Dziadek przedzierał się do mnie przez tłum. Wypatrzyłem go z daleka i szedłem mu na spotkanie, z niecierpliwością czekając na jego recenzję. A on podszedł i... zapytał, gdzie jest ubikacja. To dopiero było rozczarowanie! Potem pytał mamę: „Dlaczego Piotruś występował w drelichu, skoro ma taki ładny garniturek?”. Więc widać wyraźnie, że on nie traktował zbyt poważnie tego, w jakim kierunku podążam. Ale muszę przyznać, że ja mimo zakochania w zawodzie aktora zawsze miałem świadomość jego śmieszności. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu ludzi aktorstwo to błazenada, ale są też takie momenty, kiedy naprawdę myślę, że dajemy innym coś ważnego. Taką rolą dla mnie była oczywiście postać Jana Pawła II.

Poza aktorstwem sprawdzasz się w innych dziedzinach. Jesteś restauratorem, założycielem i szefem firmy producenckiej Aperto Films. Jako producent byłeś nominowany dwa lata temu do nagrody International Emmy Awards za francusko-polski film „Infiltrowani”.

Tak. Jestem niespokojnym duchem, próbuję zawodowo różnych rzeczy.

Ale chyba najwięcej przyjemności znajdujesz, grając w teatrze. Widać, jaką frajdę sprawia Ci występowanie w „Dziennikach”.

Kiedy mówię do ludzi w różnym wieku, których połączyło to, że słuchanie dobrej literatury sprawia im przyjemność, to jestem naprawdę szczęśliwy. Tym bardziej, że dziś rozmowa przestaje mieć znaczenie, przestaje być sztuką. Obserwuję dzieci, które na rodzinnych przyjęciach spędzają czas, grając na smartfonach. To wydaje mi się bardzo niepokojące. Ja czerpię teraz z tego, czego nauczyłem się w dzieciństwie, wdrapując się na drzewa, bawiąc się w wojnę, walcząc z przeciwnikami z innego osiedla, ścierając kolana na boiskach. Wiem, że to ganianie z kluczem na szyi, wolność, beztroskie zetknięcie się z rzeczywistością dało mi bardzo dużo.

Twój dziadek był eleganckim mężczyzną, lubił dobre samochody. A, Twoim zdaniem, fajnie mieć luksusowe gadżety?

Nie ma co udawać, że dla mężczyzny to jest frajda. Volvo V60 jest samochodem, który ma klasę, lecz dyskretną. Wybieram rzeczy dobre, ale nie szpanerskie. Pamiętam z dzieciństwa „Pana Samochodzika”. On przecież miał samochód, po którym nie było widać, że potrzebuje 6 sekund do setki i że może nawet być łodzią podwodną.

Co samochód mówi o mężczyźnie?

Myślę, że ten mój mówi, że lubię sobie sprawiać przyjemności. Ale mówi też, że umiem takie momenty celebrować. To tak jak z poranną kawą: chciałbym się napić najlepszej na świecie i przeżyć tę chwilę, kiedy kawą będzie pachnieć w całym domu. Tak samo dużą przyjemność odczuwam, kiedy wsiadam do samochodu. Mam w nim bardzo dobry system nagłośnienia, bo lubię słuchać muzyki podczas jazdy.

 

Słuchasz wtedy także audiobooków?

Chyba powinienem... Wychowałem się na radiowych słuchowiskach. Pamiętam dziecięce emocje, kiedy w namiocie, chowając głowę w śpiwór, słuchałem „Teatrzyku Zielone Oko”. Pewnie dlatego z taką przyjemnością pracuję w radiu. Ostatnio nagrałem książkę „Pinokio” w nowym, genialnym tłumaczeniu. Ono po prostu samo mnie niosło! Czasami w mojej restauracji słyszę, jak rodzice mówią do dzieci: „Ten pan czytał Ci »Pinokia«”. Kiedy się odezwę, dzieciom się buzie ze zdziwienia otwierają. Niektóre poznają też mój głos jako Zygzaka McQueena z „Aut”.

Kobiety lubią szybkie auta. Uwodziłeś na samochody?

W szkole teatralnej byłem jedynym studentem, który miał samochód. To był mój mityczny maluch. Chyba trudno było na niego uwodzić. Ale mam wspomnienie sylwestrowe: dziewczyny w długich balowych sukniach i szpilkach na każdych światłach wychodzą z malucha i pchają go, żeby zapalił. Ile to zachodu było z samochodami w tamtych czasach! Zapalało się tego malucha kijem od szczotki, w mrozy wynosiło się akumulator do domu, więc wszystkie moje dżinsy miały dziury od kwasu z akumulatora. Kiedyś zaparkowałem na nieznanym osiedlu i kiedy zszedłem na parking, samochód stał na cegłówkach – ukradziono mi wszystkie koła. Często też ginęły wycieraczki.

Poza samochodami, ulubionymi gadżetami facetów są drogie zegarki…

Mam jeden dobry zegarek, który dostałem na 40. urodziny od Tomka Karolaka. Mam też zegarek Doxa – od dziadka, którego nie noszę, bo się boję, że go zgubię, a ma dla mnie ogromną wartość sentymentalną.

Masz jeszcze inne hobby niż samochody?

Tak. Uprawianie ogrodu. Kiedy miałem cztery lata, babcia wyznaczyła mi spłachetek trzy kroki na dwa i powiedziała: „To jest twoja ziemia”. Posadziłem tam kasztanowca. Do dziś pamiętam ten zachwyt, kiedy po roku odkryłem, że z ziemi wystaje drzewko. Myślę, że od tego czasu posadziłem już – lekko licząc – około tysiąca drzew. Jeśli ktoś ze znajomych ma ogród, to zawsze dostaje ode mnie jakieś drzewo albo krzew. Z Danusią Stenką wiele lat temu posadziłem platanowiec w ogrodzie Pałacu Zamoyskich w Kozłówce. Mam nadzieję, że wciąż tam rośnie, zasadzony przez, można powiedzieć, George Sand i Fryderyka Szopena. Ze mną było trochę jak z bohaterem wiersza Herberta o panu od przyrody: „(...) w dziesiątym roku życia zostałem ojcem, gdy po napiętym oczekiwaniu z kasztana zanurzonego w wodzie ukazał się żółty kiełek i wszystko rozśpiewało się wokoło”.

Co poza tym Cię fascynuje?

Inne moje hobby to sport. W październiku wystartuję w 15. edycji Poznań Maratonu, którego sponsorem jest Volvo. Wiele się zmieniło, gdy w moim życiu pojawił się triathlon. Trzeba było zaliczyć 2 km pływania, 90 na rowerze i 21 biegu, w sumie 113 km wyścigu. Podoba mi się idea rozpowszechnienia biegania nie tylko wśród profesjonalistów. Ja załapałem się na listę, razem z Bartkiem Topą, Tom kiem Karolakiem i Łukaszem Grassem. Mieliśmy udowodnić, że to sport nie tylko dla ludzi z żelaza. Kiedy zaczynałem, przepłynięcie dwóch basenów kraulem kończyło się zadyszką. Nie wyobrażałem sobie, żebym mógł biec dłużej niż 30 minut. Kiedyś wydawało mi się, że sportowcy to jakieś cyborgi. Gdy sam zacząłem ćwiczyć, zrozumiałem, że to są normalni ludzie, tylko po prostu piekielnie konsekwentni. Sport uczy pokory. Napinamy więc te nasze wątłe bicepsy i opowiadamy o pokonanych kilometrach, ale tak naprawdę podziw należy się wszystkim tym, którzy startują. Mam w rodzinie wujka o wiele lat ode mnie starszego, który zachwyca mnie wynikami, jakie wysyła mi czasem z ultramaratonu, bo biega po 100 km. I to mnie mobilizuje!

Lubisz to sprawdzanie samego siebie?

Przez długi czas w swoim życiu zawodowym nie odcinałem kuponów. Teraz korzystam z życia, odkrywam je i smakuję na nowo. Myślę, że czterdziestka to jest taki moment, w którym się odkrywa tego typu przyjemności. Próbuję zatrzymać czas. Mało tego, zauważyłem, że można ten czas trochę cofnąć. Mam teraz taki moment w życiu, kiedy już wiem, co warto robić, co jest ważne. I jestem szczęśliwy, że jestem szczęśliwy.