Wiesz, że podniosłeś wyniki oglądalności telewizji publicznej?

Tak? (zaskoczony)

„Przystojny na maksa. Chyba zacznę oglądać telewizję publiczną”, inny komentarz: „Ciasteczko”, „Bardzo przystojny”, „Brałabym, a na dodatek jeszcze Wolny”. To niektóre komentarze na Twój temat z wielu w internecie...  Co powiesz na to „Ciasteczko”?

Jeśli w ten sposób zaczynamy tę rozmowę, możemy już ją kończyć. (śmiech) Od tego, co cytujesz, zdecydowanie wolę określenia: dziennikarz, reporter. 

Usłyszałeś kiedyś wprost, że dostałeś pracę, bo dobrze wyglądasz, a nie  ze względu na umiejętności?

Prawdziwym reporterem nie zostaje się za piękne oczy. Oczywiście, że telewizja to obraz, więc wygląd ma pewne znaczenie, ale nie uważam się za kogoś, kto  w tej materii zawyża średnią. W lustrze widzę normalnego gościa. Przede wszystkim jestem dziennikarzem i tak chciałbym być postrzegany i z tego rozliczany. Newsy, felietony, relacje na żywo, reportaże – to pochłania mnie w stu procentach. Reszta jest dodatkiem. Poświęcam tej pracy całego siebie. 

Prowadzisz „Pytanie na śniadanie”, program „Reporter Polski”, „Panoramę”, intensywnie piszesz na twitterze. zamierzasz się doktoryzować i wykładasz na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. dużo tego.

Doktorat musi na razie poczekać. Dlatego, że w tym czasie dostałem propozycję z rodzaju tych, którym się nie odmawia. Taką było bez wątpienia prowadzenie „Pytania na śniadanie”. Chociaż sam zawodowo nigdy się w tym miejscu nie widziałem, uznałem, że to wyzwanie, z którym chcę się zmierzyć. I szansa, żeby poszerzyć horyzonty, warsztat i zdobyć kolejne doświadczenie. Choć nadal jestem przede wszystkim dziennikarzem newsowym, najlepiej odnajduję się w tematach, które są blisko człowieka – reporterskich, interwencyjnych.

Tomek, jesteś totalną antygwiazdą. Co więc robisz w „Pytaniu na śniadanie”?

Poruszam ludzkie, ważne, trudne tematy, rozmawiam z ciekawymi ludźmi  i przede wszystkim ich słucham. Dziennikarz musi mieć wyjątkowo wyostrzony słuch i potrafić z niego korzystać.  Praca w takim programie jak „Pytanie na śniadanie” była dla mnie poważnym krokiem w rozwoju zawodowym. Pierwsze reporterskie szlify zdobywałem  w TVN24, potem była TVP Poznań. Trochę więc już zrobiłem na lokalnym podwórku, nie wypadłem sroce spod ogona. Myślę, że ta propozycja przyszła w idealnym momencie. A że jestem realistą, to poza plusami tej oferty widziałem też jej minusy. Obawiałem się na przykład tego, że z racji tempa programu ważne tematy będą traktowane powierzchownie.

A tak nie jest? 

Na początku miałem problem z tym, że niewiele z moich propozycji wchodziło do scenariusza. Tematy o charakterze społecznym, interwencyjnym w telewizji porannej, siłą rzeczy, mają trudniejszą drogę na antenę. To studziło mój entuzjazm. Ale dzień po dniu przekonywałem do swoich racji zespół i dzisiaj jest już pełna współpraca na równych prawach. 

Chyba zapominasz z kim jesteś w parze. Monika Zamachowska lubi przecież postawić na swoim.

Szczerze o wszystkim rozmawiamy. Konfrontujemy nasze postawy, poglądy. 

I?

I to, o czym rozmawiamy, pozostaje między nami, nie na antenie.

 

Nie przeszkadza Ci, że Monika jest „bardzo intensywna” w tzw. przestrzeni publicznej: komentuje, odnosi się do opinii na swój temat, a czasami sama prowokuje niektóre wypowiedzi. Wypadasz przy niej jak... skromny mnich. A do tego społecznik. 

Każdy sam wybiera drogę, którą podąża. Ja chcę się rozwijać i pozostać taki, jaki jestem. Zacząłem pracę w „Pytaniu...”  jako dziennikarz, który miał już pomysł na siebie. 

Jak się Wam razem pracuje? 

Choć różni nas bardzo, bardzo dużo, to współpracuje nam się bardzo dobrze. Monika ma o wiele większe doświadczenie  i sporo się przy niej nauczyłem. Pracujemy jednak inaczej. Ona jest profesjonalistką i precyzyjnie trzyma się scenariusza. Ja z kolei lubię odstępstwa od reguły, spontaniczność, improwizacje. A kiedy na antenie zderzają się tak różne osobowości, bywa, że iskrzy. Ale traktujemy to jako atut, bo za dużo słodyczy może przy-prawić wyłącznie o mdłości. W naszym przypadku nie ma tego ryzyka. (śmiech) 

Magister Tomasz Wolny. Dyżury  w czwartki, od 13.15 w pracowni telewizji wydziału dziennikarstwa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Wielu studentów oblewasz?

Nie wyglądasz  na takiego, u którego się nie zdaje...Podstawą zaliczenia moich zajęć jest materiał telewizyjny, który student najpierw sam wymyśla, a potem od A do Z realizuje: nagrywa, pisze, montuje. Kończymy egzaminem, którego może nie zdać. Wiem, że ze względu na wiek nie wyglądam na poważnego wykładowcę, ale tę pracę traktuję arcyserio.

Czy autografy już rozdajesz?

Mieszkając w Poznaniu, najczęściej robiłem zakupy na Rynku Jeżyckim. Stawałem tam w długiej kolejce, zawsze do te-go samego straganu po najpyszniejszą  na świecie kapustę i ogórki kiszone. Dopiero niedawno pani, która sprzedaje warzywa, powiedziała: „Ja chyba pana znam...”. „To dlatego że robię tutaj zakupy od dłuższego czasu”, odpowiedziałem. Następnym razem przywitała mnie już  z imienia. To strasznie miłe, ale zdarza się niezwykle rzadko.

Często przywołujesz rodzinny Poznań. Wiem, że jesteś naprawdę oddanym lokalnym patriotą. 

Jestem prawdziwą „pyrą”. Urodziłem  się na osiedlu z wielkiej płyty. W cieniu stadionu Lecha Poznań. Siłą rzeczy kibicowałem niebiesko-białym. Żeby przetrwać na osiedlu takim jak moje, musiałem być zdecydowany i pewny siebie. Odkąd pamiętam, często angażowałem się w działania społeczne. Mój starszy brat wciągnął mnie do harcerstwa. Byłem kolejno: zastępowym, przybocznym, a potem drużynowym. I od zawsze traktowałem to jak misję – szedłem na przykład do dwóch osiedlowych szkół i prosiłem pedagogów, żeby pokazali mi tych uczniów, z którymi są największe problemy wychowawcze. Potem zapraszałem takich chłopaków do swojej drużyny, w której staraliśmy się im pomóc wyjść na prostą.  Z nimi spotykam się do dzisiaj, już na równych zasadach. W liceum bardzo poważnie myślałem o tym, żeby wyjechać na misję i pracować z dziećmi w Ameryce Południowej. W czasie studiów chciałem być dyplomatą. Ukończyłem stosunki międzynarodowe i jeszcze jako student odbyłem staże, m.in. w siedzibie ONZ w Nowym Jorku oraz w polskiej ambasadzie w Meksyku. W końcu z tego podwórka osiedlowego wylądowałem na podwórku dziennikarskim.

Oprócz starszego brata masz także siostrę.  Jak bliscy przyjęli twój „stołeczny awans?” 

Dostałem od losu wielki prezent. Wychowałem się w szczęśliwej, ciepłej rodzinie, w której były i są wyjątkowe relacje. Zarówno między mną i moim rodzeństwem, jak i rodzicami. Rodzina zawsze była dla mnie wsparciem i zawsze mogłem na nią liczyć. I nic się nie zmieniło. W rodzicach i w rodzeństwie znajduję serdeczność i konstruktywną krytykę, którą najbardziej cenię. Rodzice zawsze powtarzali mi: „Tomek, trzymaj fason”.

Masz troje dzieci, dwie córki i syna. Wszyscy mieszkacie już w Warszawie, ale przez rok kursowałeś między Poznaniem a stolicą...

Zaczęło nam to doskwierać. Moje życie wyglądało wtedy mniej więcej tak: wyjeżdżałem w nocy z Poznania, żeby być rano  w „Pytaniu...”, potem wsiadałem do pociągu powrotnego, żeby móc spędzić wieczór z Agatą i dziećmi. Chciałem przynajmniej pomóc położyć dzieciaki spać... A wczesnym rankiem znowu musiałem ruszać do Warszawy, żeby po południu poprowadzić „Panoramę”. Powtarzałem sobie: dam radę, wytrzymam, pociąg jedzie tylko trzy godziny... Ale tak się złożyło, że moja żona po urlopie macierzyńskim otrzymała propozycję pracy w TVN24 Biznes i Świat w Warszawie. Agata również jest dziennikarką, moim wzorem i pierwszą nauczycielką. Podjęliśmy więc decyzję o przeprowadzce. Gdyby nie ona, nic by z tego nie wyszło. Właściwie bez Agaty w ogóle nie byłoby niczego sensownego w moim życiu. Daje mi ogromne wsparcie, a ja dzięki niej jestem największym szczęściarzem na ziemi!

Jak dzieci zniosły przeprowadzkę?

Zosia ma pięć lat, Tymon trzy, a Halszka roczek. Pewnego dnia posadziliśmy starsze maluchy na kanapie i powiedzieliśmy: „W Warszawie czeka na was wymarzone piętrowe łóżko”. Kiedy to usłyszały, już nie dawały nam spokoju: mamo, tato, kiedy pojedziemy do Warszawy? I choć nie było im łatwo zostawić wszystko, co do tej pory znały, to wydaje mi się, że znoszą te zmiany lepiej od nas.

 

Czujesz się wolny?

Wolność jest w nas! (śmiech) Ale tak na serio, to jestem na wieki wieków zajęty (Tomek deklaratywnie pokazuje palec  z obrączką ślubną). I tak na co dzień  – mocno zabiegany.

Gdzie zgubiłeś tę wolność?

Niczego nie zgubiłem, tylko podzieliłem się nią z Wolną i... Wolniątkami!