Przebojem weszłaś do show-biznesu i od razu robisz takie rzeczy, na które inni pracują latami. Jak to się stało? Skąd się Ty, Zosiu, w ogóle wzięłaś?

Nie spadłam z obłoków. (śmiech) Na pewno wzięłam się z jakiegoś bardzo kolorowego kabaretu, z miejsca, gdzie jest dużo brokatu, śpiewu i tańca... Bo właśnie taka energia nigdy mnie nie opuszcza, a tylko nakręca, inspiruje. (śmiech). A poważnie: moda była moim żywiołem od dawna. Pokonywałam kolejne etapy przygotowań, by robić to, czym zajmuję się teraz. Te etapy to: modeling, studia w Mediolanie na IED (Istituto Europeo di Design), współpraca z projektantami, praca z doświadczonymi stylistami przy sesjach zdjęciowych. A teraz współpraca z największym klubem zakupowym w Polsce – złotewyprzedaże.pl i realizacja własnych projektów.

Zrealizowałaś marzenie wielu dziewcząt: stylizujesz, kreujesz, ubierasz, jesteś modelką. Na fan page’u Złotych Wyprzedaży, których jesteś ambasadorką, dziennie jest prawie 400 tysięcy fanów.

Wszystko, co robię, wzięło się z wielkiego marzenia, którego nikt i nic nie jest w stanie zburzyć. Nawet gdyby wszyscy mnie krytykowali, to ja z niego nie zrezygnuję. Tu nie chodzi o blichtr, o te przysłowiowe czerwone dywany. To wszystko jest miłym dodatkiem. Ale gdybym się na tym koncentrowała, to krytyczne uwagi pod moim adresem zniszczyłyby mnie przy pierwszych krokach.

Opowiedz, jak to się zaczęło? Typowo – przebierałaś się w ciuchy mamy, gdy byłaś małą dziewczynką?

Moi rodzice zawsze ubierali się modnie. Mieli dostęp do ubrań, których w tamtych czasach nie było w Polsce. Dzięki nim delikatnie ocierałam się o świat mody, ale nigdy nie byłam w tę stronę popychana. Rodzice pracowali z Lucyną Szymańską, która jest właścicielką agencji modelek D’Vision i którą znam od dzieciństwa. Pracowali też z Jarkiem Szado, jednym z najlepszych choreografów w Polsce. Moda zawsze mnie interesowała, zawsze też podczas zagranicznych podróży przyglądałam się wystawom. I takie dziewczęce marzenie przełożyło się na moje dorosłe życie. Jestem naprawdę wdzięczna rodzicom, że dali mi takie możliwości i wybór. Ale i tak zawsze wiedziałam, że będę musiała dojść do wszystkiego własną pracą. 

Co to znaczy, że rodzice dali Ci wybór?

Kiedy miałam 15 lat, postanowiłam, że będę modelką. Moi rodzice powiedzieli: „Dobrze, proszę bardzo, bądź, ale musisz sama sobie to wszystko zorganizować”.

Liczyli, że Ci przejdzie?

(śmiech) Tak, ale ja się zaparłam. I rzeczywiście sama to sobie zorganizowałam.

Ale jak? Masz 15 lat, jesteś w ósmej klasie szkoły podstawowej i tak po prostu dzwonisz do agencji modelek?

Nie. Pierwszą agencją, dla której pracowałam, była Orange. Oni wysłali mnie na Tajwan, kiedy miałam16 lat. To, że rodzice pozwolili mi pojechać,wymagało od nich wielkiej odwagi. Okazało się, że sprawdziłam się jako modelka. Potem zrobiłam parę pokazów w Polsce. Stąd znam Kasię Sokołowską i fotografów, którzy zaczynali karierę, kiedy ja sama byłam początkującą modelką. Nigdy nie odniosłam większego sukcesu w modelingu. Może dlatego, że wyznaję zasadę: albo robić coś na 100 procent, albo w ogóle tego nie robić. Wtedy miałam wybór: uczyć się albo być modelką. Postawiłam na naukę. Zdałam międzynarodową maturę, ale ukierunkowaną na modę. Postanowiłam studiować za granicą. Kiedy zdajesz na studia, musisz wcześniej pojechać na rozmowę kwalifikacyjną i dostajesz ofertę. Ja dostałam ofertę do dwóch szkół w Mediolanie: Istituto Marangoni oraz Istituto Europeo di Design. Pojechałam do Mediolanu i pokazałam swoje portfolio. W obu uczelniach powiedzieli: „Super, chcemy cię”. Wybrałam IED. To było niesamowite: mam 18 lat, lecę do mekki mody studiować fashion styling. Do końca życia nie zapomnę tego momentu, kiedy pierwszy raz weszłam do budynku „Vogue’a” na Piazza Cadorna w Mediolanie i szłam szarym korytarzem, w którym wiszą czarno-białe zdjęcia z najlepszych numerów magazynu. Boże, czego chcieć więcej?!

Jak wspominasz te studia? Tylko jako zabawę?

Nie, to była ciężka praca. Wymagało to ode mnie dużo samodyscypliny, której wtedy nie posiadałam. My, studenci, od początku wiedzieliśmy, że egzaminy końcowe są bardzo trudne. Z 32 osób dyplomy dostało tylko 14... Kiedy wyjeżdżałam na studia, najtrudniejsze dla mnie było to, że będę daleko do rodziny. A ja jestem bardzo rodzinna, bardzo związana z moją młodszą siostrą. Ale te studia to była dla mnie także szkoła życia. Nikt mnie nie pilnował, nie sprawdzał, czy odrabiam lekcje, czy nie. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z dyrektorem szkoły. Powiedział, że połowa z nas odpadnie, bo zachłyśnie się Mediolanem, imprezami i światem mody. Tylko ci najmocniejsi wytrwają. Jestem wdzięczna rodzicom za wartości, które mi przekazali. Bo to dzięki nim zaparłam się i rzeczywiście skoncentrowałam na nauce. Nie dość, że otrzymałam stypendium, to jeszcze skończyłam szkołę z wyróżnieniem. I to jest mój osobisty sukces. O tyle dla mnie ważny, że w naszej rodzinie to moja siostra była uznawana za intelektualistkę. Za miesiąc kończy studiować antropologię społeczną na wydziale Antropologii i Archeologii w Cambridge. Na dodatek jest w drużynie wioślarskiej tej uczelni! Dlatego ja, pierwsza w mojej rodzinie, musiałam udowodnić, że też jestem dobra. (śmiech) I to jest fajne, że my nie konkurujemy, tylko nakręcamy się nawzajem.

O czym była Twoja praca licencjacka?

 

Do mojej pracy licencjackiej podeszłam bardzo ambicjonalnie. Zrobiłam trzy razy więcej niż inni. Miałam dwóch promotorów. Pierwszym był Alex Vaccani, redaktor naczelny włoskiego magazynu internetowego „Toh!”, który jest też znanym stylistą, a drugim redaktor naczelny męskiego włoskiego „Vogue’a” Gianluca Cantaro. Momentalnie znaleźliśmy wspólny język, ponieważ Gianluca kocha Japonię i Polskę. Na Salone del Mobile w Mediolanie wystawiają się naprawdę dobrzy polscy projektanci i designerzy, więc myślę, że to go przyciągnęło. Design polskich mebli z lat 60. jest znany na całym świecie. Gianluca był już raz w Polsce. Mam nadzieję, że uda mi się go ściągnąć ponownie.

Więc to, że jesteś Polką, było atutem?

Tak. Moja praca była o Polsce. Postanowiłam zrobić dodatek do magazynu modowego. Najpierw stworzyć formułę biznesową. Wybrałam „Velvet”, jeden z najważniejszych miesięczników, tuż po „Vogue’u”. Nowatorstwo mojej pracy polegało na tym, że zrobiłam to na przykładzie Polski. Pokazałam bogactwo polskiej mody, opisałam jej historię przed II wojną światową, kiedy burżuazja francuska mieszała się z polską arystokracją. Opisałam problemy polskiej mody w tych okresach, kiedy w ogóle nie mieliśmy dostępu do materiałów i dodatków.

Słynne w PRL-u Barbara Ho ff i Jadwiga Grabowska?

I Jerzy Antkowiak, który współtworzył Modę Polską. Także Lucyna Szymańska, która opisała fenomen polskich modelek na światowych wybiegach. Łukasz Jemioł udzielił mi wywiadu o swojej marce. Narysowałam modową mapę Warszawy. I do tego zrobiłam trzy sesje modowe. Każda była utrzymana w innej stylistyce, natomiast wszystkie łączył wspólny mianownik – Polska. Dwie były nawet opublikowane w „Gali”.

W Mediolanie szybko nawiązałaś przyjaźnie?

Tam szybko się to wszystko wery fikowało, bo kiedy jesteś sama, o wiele więcej czasu spędzasz ze znajomymi i o wiele szybciej ich poznajesz. Do tej pory utrzymuję kontakt z trzema koleżankami. W mojej szkole była bardzo mocna selekcja, ale my się obroniłyśmy.

Po ukończeniu takiej uczelni przed Tobą kariera międzynarodowa. Dlaczego wróciłaś do Polski, a nie zostałaś we Włoszech?

Zaczęłam od Polski, bo tu jest moje serce. Mediolan to nie jest miasto dla mnie. Nie czuję się tam jak ryba w wodzie, tak jak czuję się w Polsce czy we Francji. To było miasto, które w moim życiu spełniło określone zadanie, ale na tym koniec. Chętnie wrócę tam na chwilę, na Fashion Week lub Salone del Mobile, do moich ulubionych miejsc. Ale nie zostanę w tym mieście, chociaż przeżyłam tam piękne chwile... Pamiętam, kiedy odbierałam mój licencjat. Wszyscy siedzieli w wielkiej auli, każdego wywoływano po nazwisku. We Włoszech jest taki przesąd, że będziesz mieć szczęście w życiu zawodowym i zrobisz karierę, dopiero kiedy twoja mama otworzy twój licencjat.Mam to nagrane na wideo: lecą mi łzy jak groch, a ja z licencjatem w dłoni biegnę do mojej mamy, żeby go otworzyła i zobaczyła, jaką mam notę.

Dlaczego Francja jest dla Ciebie tak ważna?

To uczucie, którego nie da się wytłumaczyć. Lecę do Paryża, ląduję i mam wolną głowę. Wszystko wokół mnie inspiruje: ludzie, język, to, co widzę, co jem, architektura, stroje... Wszystko. We Francji pracowałam w Biarritz dla europejskiej siedziby Quiksilvera, pomagałam rozkręcić markę Moskova. Wymyśliliśmy ideologię, jak to ma wyglądać, logotypy, strategie. Więc miałam okazję poznać cały proces od A do Z, kiedy marka wchodzi na rynek. A w czasie lunchu – deska sur fingowa i na plażę! (śmiech)

Opowiadasz o swojej karierze, ale i tak wszyscy uważają, że Twoim atutem jest Borys…

Atutem modowym? (śmiech)

Jesteś oceniana na podstawie tego jednego faktu z Twojego życia.

To, co powiem, jest niepolityczne, ale w Polsce ludzi interesuje tylko powierzchowność. Negatywne fakty lepiej się sprzedają niż te głębsze, bardziej interesujące. Ale ja nie muszę nikomu nic udowadniać.  

Żeby być stylistką, trzeba wyjechać z Polski?

Polska nie oferuje takiej edukacji jak inne kraje. Uznałam, że jeżeli wyjadę i zdobędę wiedzę w szkole w Mediolanie, to kiedy wrócę do kraju, będę od razu miała mocne podstawy. Wiesz, jak to jest – jak siedzisz w jednym miejscu i cały czas oglądasz to, co się dzieje w tym kraju, w podświadomości zaczynasz powtarzać i powielać pewne pomysły. Wróciłam i dostałam zimny prysznic: „Wcale nie jesteś lepsza, więc teraz asystuj asystentce asystenta asystentki”. Ale zagryzłam zęby. Wiedziałam, że pokora jest bardzo ważna. Cieszę się nawet, że dostałam taką lekcję, bo nie zawsze byłam pokorna. Zaczęłam asystować różnym osobom. Najpierw był Łukasz Jemioł, który przedstawił mi wiele osób i bardzo mi pomógł. Później pracowałam z Agnieszką Ścibior. W końcu uznałam, że chyba czas stanąć na własnych nogach. To przebijanie się było dosyć długie. Czasami się frustrowałam, ale wiedziałam, że muszę to przeboleć. I tak kroczek po kroczku zaczęłam robić swoje. Ania Czartoryska dała mi szansę, żeby wyrazić siebie. Bo tak jak ona wyraża siebie przez teatr, tak ja wyrażam siebie przez swoje stylizacje. Mogłam pokazać ją moimi oczami. A w pewnym momencie zgłosił się do mnie największy klub zakupowy w Polsce złotewy-przedaże.pl. Poczuliśmy „vibe” wobec siebie, dzięki czemu to działa. To są młodzi ludzie, którzy wymyślili naprawdę bardzo inteligentną formułę sprzedażową. I przez to, że tak bardzo wierzyli w ten projekt, dokonali bardzo wiele.

W trzy lata stworzyli dużą markę, planują wejście na giełdę. A zaczynali od „pakowania paczek w garażu”…

Tak, a są w moim wieku. Ich sukces pokazuje, że ciężką pracą naprawdę możesz przenieść góry. To największy klub zakupowy w Polsce. Zrobiliśmy z nimi niesamowitą sesję w Hongkongu i na Filipinach. Przy tej produkcji praktycznie nie miałam żadnych ograniczeń, co się rzadko zdarza przy pracy z klientem. Myślę, że taka wolność pobudziła u wszystkich kreatywność. A w końcu o to chodziło.

Byłaś tam również modelką?

 

Tak. To było wyzwanie. Kiedy ubierasz kogoś innego, jesteś obiektywna, a jak ubierasz siebie samą, jest trudniej, bo nie masz dystansu.  Wyjechaliśmy do Azji, bo właściciele chcieli wprowadzić do sesji coś oryginalnego, nieprzeciętnego, trochę egzotyki. Czuliśmy, że ta sesja będzie czymś wyjątkowym. I tak też się stało! Pierwszy raz pracowałam tam z fotografką Martą Wojtal, co było pewnym ryzykiem. Bo na takie sesje wyjeżdżasz przeważnie z ekipą, której jesteś pewna, z którą się dobrze czujesz. A tutaj w nieznane pojechałam z nieznaną mi osobą. Czasami bywało naprawdę ciężko: upał 40 stopni, makijaż spływa, ciuchy się do ciebie kleją. Marta wygina się na ziemi, żeby mieć jak najlepsze ujęcie. Najgorzej wspominam sesję na katamaranie, gdzie wszyscy dostali choroby morskiej. Ale efekt końcowy był świetny!

Miałaś jakieś hasło przewodnie tej sesji?

Zrobiliśmy ją we współpracy z firmą Just Paul, dzięki temu powstał jeden spójny pomysł. Wszystkie stroje były specjalnie projektowane i szyte pod naszą kampanię. Chodzi o nonszalancką elegancję, o kobietę pewną siebie, ale potrafiącą odnaleźć się w każdej sytuacji, bo na każdą okazję możesz znaleźć ubrania właśnie na portalu złotewyprzedaże.pl.

Kim jest według Ciebie stylista?

To jest ktoś, kto wyraża siebie poprzez ubrania. Lubię pracować z gwiazdami, lubię ubierać osoby, które rzeczywiście czegoś dokonały. Mam wtedy wyjątkową okazję, by pokazać je moimi oczami, opowiedzieć pewną historię bądź odkryć ich ukryte pragnienia…

To takie wydobywanie prawdy o człowieku?

Tak. Kiedy ta osoba ci ufa, to nie tylko daje ci to duże pole do popisu, ale również przyjemność z pracy.

Jesteś trochę psychologiem?

Psychologia to – moim zdaniem – ważna część mody. Przydaje się w sprawach drobnych, kiedy pracuję jako osobista stylistka – bo muszę umieć rozmawiać z klientem, doradzić mu, ale także wiedzieć, czy mogę mu powiedzieć wszystko wprost, czy raczej nie. Kiedy uprę się, że jakaś kreacja powinna pojawić się na sesji, a ta osoba nie chce jej włożyć, muszę jej wytłumaczyć, dlaczego powinna się zgodzić. A potem największą satysfakcję czuję, kiedy ona zobaczy siebie na zdjęciu i powie: „Miałaś rację”.

Jesteś więc trochę jak negocjator?

Całe życie, na każdym polu jestem negocjatorem. (śmiech) Tego nauczyła mnie mama. Ciężkie lekcje wbijane mi do głowy przez długie godziny: jak słuchać i działać, by inni też z tego czerpali.

Co Cię jeszcze teraz inspiruje?

W tym momencie mam fazę czarno-białą. To śmieszne, że im jestem starsza, tym bardziej moje stylizacje siebie samej odzwierciedlają mój nastrój. Fajnie, że akurat odnalazło się to w trendzie tego lata. (śmiech) Ostatnio widziałam bardzo wzruszający hołd złożony Amy Winehouse przez Bruno Marsa, który zawsze jest wystylizowany na lata 60. To było coś! Wszystkie dziewczyny ubrane identycznie w stylu lat 60. To są takie małe szczególiki, małe smaczki. Potem zresztą powtórzyłam ten motyw w sesji do „Gali” z Ryszardem Kaliszem. A jeśli chodzi o literaturę, to właśnie jestem w trakcie czytania „Disneylandu” Stanisława Dygata. Mam w głowie obraz Krakowa z tamtych czasów. Nigdy nie wiesz, kiedy to co gdzieś zobaczysz, z ciebie wyjdzie i sama siebie zaskakujesz. Ale nie ukrywam, że bardzo twardo stąpam po ziemi. Wiem, że teraz w modzie nie chodzi już tylko o artyzm. Żeby to działało, musisz mieć biznesowe podejście. Pokazały nam to już lata 90. i Giorgio Armani, który jako pierwszy rozpoczął budowanie swojej firmy w oparciu o marketing i świetnie przeprowadzoną strategię marki.

Masz smykałkę do biznesu! Ale co tak naprawdę znaczy być ambasadorką marki?

Musisz utożsamiać się z projektem i wierzyć w niego. Stajesz się częścią przedsięwzięcia, które poniekąd pokazuje też ciebie. W tym klubie zakupowym dostępne są różnorodne marki. Od tych najbardziej znanych, ekskluzywnych brandów, przez kreacje młodych polskich projektantów, po mniej znane marki w bardzo atrakcyjnych cenach. Można tu znaleźć niesamowite perełki. Ja na przykład ostatnio kupiłam sobie szpilki Casadei za jakieś śmieszne pieniądze. Wprawdzie trzeba trochę poszperać, ale kiedy znajdzie się coś atrakcyjnego, daje to ogromną satysfakcję. Dzięki internetowi każdy ma dostęp do tego sklepu. Korzystają z niego w Polsce już prawie trzy miliony zarejestrowanych użytkowników!

I każdy może tanio kupić drogie ciuchy? Przecież te ekslkuzywne marki mają być elitarne.

Pojęcie elitarności i posiadania czegoś luksusowego bardzo się zmieniło w ciągu ostatnich lat. I nie tylko przez kryzys, obserwuje się tu też inne wpływy. Na przykład wpływ Azjatów, którzy kupują ogromne ilości markowych ubrań. Pojawiły się także nowe rynki, jak Brazylia, Rosja, Indie. Coś, co kiedyś było luksusowe, jest dostępne dla każdego. Więc kiedy pani prezes widzi, że jej asystentka ma taki sam luksusowy portfel jak ona, to już nie oznacza luksusu. Ludzie, którzy wcześniej w ogóle nie mieli dostępu do elitarnych marek, teraz mogą pozwolić sobie na produkty zrobione na najwyższym poziomie, z najlepszych materiałów. Nie uważam, że to jest złe zjawisko.

A co ma zrobić pani prezes, która chce być wyjątkowa?

Pułap luksusu będzie wznosił się coraz wyżej i wyżej. Te produkty będą coraz droższe i lepsze, więc pani prezes na pewno będzie mogła być wyjątkowa.

Jako stylistka w Złotych Wyprzedażach wysyłasz raz w tygodniu newsletter. Czytają go co tydzień prawie trzy miliony ludzi. Więc co tydzień ubierasz prawie trzy miliony ludzi. To paraliżuje?

Kręci mnie to. (śmiech) To jest fajne! Ja sobie też buszuję po tych wyprzedażach, szukając produktów, które polecam i które mi się podobają. Dzięki temu zawsze wiem, co się dzieje. I niestety zawsze trafię na coś, co sobie kupię…

Borys nie jest zazdrosny o modę, o Twoją pasję?

Nie. On żyje w swoim artystycznym świecie, ja w swoim świecie mody.

Czyli macie dwa równoległe światy. Ale może to nie jest dobre dla związku?

 

Mamy artystyczne przeżycia, których doświadczamy wspólnie, kiedy razem idziemy do teatru czy polecamy sobie książki. Ale każde z nas wykorzystuje to na swój sposób. I to jest fajne, bo dzięki temu widzimy, jak odmienne jest nasze podejście do różnych spraw i ich interpretacja, jak bardzo jesteśmy inni. Tylko czasami Borys dokucza mi, że kino jest X muzą, a ostatnią – XI – telewizja. I że nie ma czegoś takiego jak muza mody…